Naznaczona: 18. Ranna

Wciąż czuję uderzenia wystrzeliwanych pocisków. Dookoła szaleje burza. Odgłosy walki dochodzą z dołu, a my unosimy się coraz wyżej i wyżej. Już nie chronię własnym ciałem Alexa, mimo że ta myśl wciąż nie daje mi spokoju, obłędnie wręcz krążąc w mojej głowie niczym niewykonany rozkaz.

— Alex! — krzyczę, gdy czyjeś ręce wciągają mnie na pokład powietrznej maszyny.

— Jest cały. — Ktoś mi odpowiada, ale nie rozpoznaję głosu. Nie wiem, kim są ci ludzie i co się dzieje. Walczę z uzależnieniem, jakiemu uległam, gdy Alex wypowiedział znamienne słowo „Aktywacja”. Co za aktywacja? Aktywował mnie? Powoli moje myśli zaczynają wypełniać mi głowę. Moje! Znów moje! Ja, prawdziwa „ja” zepchnięta zostałam gdzieś w zakamarki i to Alex panował nade mną. Dlaczego więc teraz przestał? Czuję, że ponownie jestem sobą. Dziwne uczucie, jakbym wracała po ciężkim treningu.

Nagle tracę siły i osuwam się na podłogę, a powieki opadają, broniąc dostępu do zewnętrznego świata.

Ból głowy. Suchość w gardle i totalne odrętwienie. To czuję, gdy odzyskuję świadomość. Zemdlałam, musiałam zemdleć. Powoli otwieram oczy, spodziewając się białej sali, ludzi za szklaną ścianą, albo białego stołu, do którego będę przymocowana. Jednak moich ruchów nie ograniczają żadne pasy, a oczu nie oślepia biel ścian.

— Hej. — Znajomy głos dociera do mnie z lewej strony. Przekręcam się i widzę Maxa nachylonego nade mną i uśmiechającego się z nadzieją, ale i ukrytą ulgą.

— Hej — odpowiadam, odwzajemniając uśmiech. Wszystko mnie boli, już nie tylko głowa. Max wpatruje się we mnie i jego dłoń gładzi moje czoło.

— Jak się czujesz? — pyta, a w jego głosie wyczuwam dziwne napięcie.

— Czego mi nie mówisz?

— Dlaczego sądz…

— Max? — Z naciskiem wypowiadam jego imię. — Znam cię, pamiętasz? Co się dzieje?

Max wciąga powietrze. Jest cholernie przystojny. Może to próżne, ale jego widok mnie uspokaja. Zmienił się od czasów, gdy się poznaliśmy. Nawet bardzo.

Półtora roku wcześniej.

— No i gdzie leziesz debilu! — Jakiś mięśniak krzyczał przez cały korytarz za kimś, kto najwidoczniej go potracił, a ja ostentacyjnie wywróciłam oczami.

— A tobie co się nie podoba? — syknął na mnie, wyłupiając swoje seledynowe oczy. W grupie, do jakiej trafiłam, był największym palantem i napakowanym testosteronem pustakiem, ale przeszedł przemianę jak ja, zachowując pamięć i to wystarczyło, by stał się cenny dla dowództwa.

— Ty — rzuciłam, szczerząc się ironicznie.

— Ty mi też nie — fuknął, trącił mnie z łokcia i wyprzedził, mamrocząc coś pod nosem.

— A żeś się wysilił — skomentowałam to bardziej do siebie, ale głos Maxa wyprowadził mnie z błędu.

— Co? Dostałaś od niego kosza?

— Chciałbyś — zaśmiałam się, posyłając mu kuksańca.

— Co robisz wieczorem?

Mijaliśmy właśnie grupkę rozchichotanych dziewczyn i Max nie wydawał się zainteresowany odpowiedzią na swoje pytanie.

— Szalik — burknęłam, bo nie wiedzieć czemu zrobiło mi się przykro. Niby się kumplowaliśmy, ale nie spędzaliśmy ze sobą ciągle czasu. Po przystąpieniu do szkolenia ja trafiłam do grupy dla przyszłych dowódców, a Max żołnierzy. Miałam jednak wrażenie, że nie pasuje on do nich. Tak jak mówił Alex, żołnierze nie pamiętali, a dodatkowo, byli jak dla mnie przymuleni. Bez poczucia humoru, jakby bez świadomości tego, co się z nimi stało. Wykonywali polecenia bez zbędnych pytań. Max miał za to zawsze świadome spojrzenie, poczucie humoru, za które nie raz miałam ochotę mu nakopać i to coś w jego nadal ludzkich oczach, czego nie widział nikt poza mną. Ciekawość oraz świadomość, że nie może się z nią zdradzić.

Za to ja zdradzałam Alexa, bo powinnam była mu o tym donieść, jednak nie mogłam. Ostrzegłam za to kiedyś Maxa, że nie powinien pytać, jeśli nie chce mieć kłopotów. Zapytał wtedy co to za kłopoty, a ja odpowiedziałam, że pewnie poważne, skoro Alex kazał donosić o takim zachowaniu. Nigdy więcej nie musiałam go upominać, bo już nigdy nie pozwalał sobie na takie zachowanie w obecności innych. Chyba że byliśmy sami. Wtedy mogliśmy być sobą. No ale tych momentów nie było za wiele.

— Fajnie — odpowiedział, tak jak myślałam, kompletnie mnie nie słuchając.

— Chcesz chusteczkę? Zatamujesz ślinotok.

— Co?

— O matko — prychnęłam, przyśpieszając kroku.

— Hej, więc co robisz? — powtórzył pytanie, skupiając na mnie wzrok.

— Jutro mam naznaczenie. Muszę się przygotować.

— Kolejne? Wow, szybka jesteś. — Poklepał mnie po ramieniu, a ja pokręciłam tylko głową.

— No kolejne jak każdy.

— No jak to jak każdy? Przecież niedawno miałaś jedno.

Ale mnie wkurzył. Podniósł mi ciśnienie i miałam ochotę, by jak najszybciej zniknął.

— Miesiąc temu. Co miesiąc mamy jedno, tylko że przez ten miesiąc nie miałeś dla mnie chwili, więc ciężko spamiętać… — urwałam, widząc zaskoczenie na jego twarzy. Westchnęłam, kręcąc głową. — Nie ważne. Muszę poćwiczyć — rzuciłam i weszłam do toalety, zostawiając go na korytarzu.

Cholera, czy ja mu właśnie urządziłam scenę zazdrości? Zakryłam twarz dłońmi. Co mi odbiło? Stanęłam naprzeciw lustra, przyglądając się własnemu odbiciu. Srebrne oczy mieniły się, iskrzyły w nienaturalny sposób. Policzki zaczerwieniły się, a na czole pojawiły się kropelki potu. Starłam je pospiesznie. Co się ze mną działo? Wyszłam z toalety wprost na Maxa, który musiał tu na mnie czekać.

— Przepraszam — wyjąkałam. — Denerwuję się.

— Widzę. — Spojrzał z troską i tak samo się uśmiechnął. — Jak chcesz, możemy potrenować razem.

— Nie, dam radę. Po prostu nie lubię tych igieł.

Nie mogłam się przyzwyczaić, że co miesiąc setki ich wbijają się w moje ciało, naznaczając mnie kolejną umiejętnością. Od pierwszego inicjacyjnego naznaczenia minęło pół roku i w tym czasie stałam się szybsza, silniejsza, niby mądrzejsza, sprawniejsza intelektualnie oraz fizycznie. Umiałam się bronić i atakować, umiałam planować i działać w grupie. A mimo wszystko nie mogłam pokonać niechęci, jaką wzbudzały te pieruńskie igły.

— A jakie to naznaczenie?

— Samoobrona i atak — rzuciłam, nie wykazując ekscytacji.

— Super, moje ulubione umiejętności — roześmiał się, rozbrajając mnie tym samym. Nie umiałam się na niego długo gniewać. A on mi nigdy na to nie pozwalał.

— Dlaczego nie mogą robić jak z wami? Co ile macie naznaczenia? Co dwa tygodnie?

— Co tydzień, ale wiesz, że to nie wygląda jak u was.

— No i właśnie o tym mówię. Jedna igła i po sprawie, a tu…

— Ten plan będzie optymalny — przerwał mi Max, a zza moich pleców wynurzył się Alex. Zlustrował nas, zatrzymując swój wzrok jak dla mnie zbyt długo na Maxie.

— Mia, nie miałaś potrenować? — rzucił chłodno, na co ja skinęłam głową.

— Właśnie idę do sali ćwiczeń.

— Cudownie, bo ja też. To chodźmy — uśmiechnął się nieszczerze i wskazał mi korytarz, w który powinniśmy skręcić.

— Do potem — rzuciłam Maxowi, a on skinął głową i bez jakichkolwiek emocji odszedł w przeciwnym kierunku.

— Czytałem raport z ostatniego naznaczenia. Dobrze ci poszło – zaczął, gdy przekroczyliśmy drzwi sali. Jak na złość byliśmy sami.

— Może być — odparłam, bo rozmowy z Alexem nie należały do przyjemnych. I nie, żeby był dla mnie niemiły. Dziwnie się przy nim czułam. Poświęcał mi naprawdę sporo czasu. Uświadomiła mnie jedna zazdrosna zołza, która wodziła za nim ciągle wzrokiem i niestety była w mojej grupie. A ja od tamtego momentu zaczęłam się stresować jego obecnością. Zwracać uwagę na jego spojrzenia, na gesty, na dotyk. I właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że zupełnie inaczej czuję się przy Maxie.

— Dowództwo jest pod wrażeniem. Ja również. — Mówiąc to, był o wiele za blisko, a mi serce zaczęło wywijać jakieś szalone koziołki.

— To tylko liczby — odparłam, cofając się o krok.

— Ale imponujące. — Spojrzał się na mnie zbyt intensywnie i nagle odszedł, zostawiając mi więcej wolnej przestrzeni.

— Dobrze, nie przeszkadzam zatem. Gdybyś miała jakieś problemy, pytania, wiesz gdzie mnie znaleźć.

W końcu wyszedł z sali, zostawiając mnie w dziwnym stanie bezdechu. Co się ze mną do cholery działo? Musiałam się uspokoić, dlatego zdjęłam bluzę, zostając w czarnej podkoszulce i podeszłam do pierwszego lepszego stanowiska Siły. Było ich na sali dwadzieścia. Każde wyposażone w specjalne skanery prześwietlające nasze ciała, pilnujące parametrów i za każdym razem podwyższające sprawnościowe poziomy.

Stanęłam na środku okręgu o średnicy trzech metrów. Nagle zaczął się trening. Nagle, bo i ataki też są znienacka, niezaplanowane, nagłe. Laserowe promienie zaczęły tańczyć dookoła mnie, a ja niczym akrobatka omijałam je, kusiłam, podpuszczałam, by uderzały się wzajemnie, przez co znikały, aż nie pozostał ani jeden. Ich czerwień odbijała się w moich oczach jeszcze przez chwile, póki nie usłyszałam za sobą znajomego głosu.

— Naprawdę naznaczenia działają.

— Jak zawsze Max, jak zawsze — parsknęłam zmęczona, ale i zadowolona z siebie. To był pierwszy raz, gdy widział mnie podczas treningu i może powinnam być speszona, zawstydzona czy zażenowana, ale ja zwyczajnie byłam dumna, chociaż on ten stopień obrony i ataku osiągnął już wcześniej i nie mogłam z nim konkurować. Przynajmniej teraz. 

— Czego od ciebie chciał? — zapytał, podnosząc moją bluzę z podłogi.

— Alex? Nic, po prostu pochwalił moje wyniki.

— No tak.

— A ty znowu ciekawskie jajo? — zaśmiałam się, zabierając mu bluzę.

— Twoja skóra — rzucił, przytrzymując moją rękę.

— Co z nią? — Obydwoje skupiliśmy na niej wzrok. Max zmarszczył czoło. Gdy ponownie na mnie spojrzał, w jego oczach rysował się podziw.

— Czytałem, że znaki posiadają najsilniejsi.

— Wszyscy mamy takie znaki — poprawiłam go.

Nie widziałam w tym nic nadzwyczajnego. Właściwie to powoli się do nich przyzwyczajałam. Do znaków, które wyglądały jak mikroskopijne, wydrążone bruzdy na mojej skórze. Im więcej naznaczeń, tym więcej bruzd. U dowódców, którzy skończyli szkolenia, bruzdy dochodziły aż do szyi, zapełniając każdy skrawek ciała poniżej. Albo prawie każdy. Aż tak to się nie przyglądałam. Moje sięgały łokci i powoli zaczynały wić się na ramionach. Tęskniłam za tą gładką skórą zaraz po ożywieniu.

— Nie tak wyraźne. To jest… Niesamowite.

Speszył mnie. Pięknie! Zabrałam rękę, chcąc ubrać bluzę.

— Poćwicz ze mną.

— Co? — jego prośba była niestosowna.

— Jesteś żołnierzem. Rozniesiesz mnie na drobne kawałeczki — parsknęłam, kręcąc głową.

— Nigdy bym tego nie zrobił.

— Max…

— Proszę cię.

Nie rozumiałam, czemu mu tak na tym zależy, ale w końcu się zgodziłam. Max zdjął swoją bluzę, a moim oczom ukazała się zupełnie nowa sylwetka. Zamrugałam oczami, bo nie mogłam odszukać w chłopaku stojącym naprzeciw mnie tego chuderlaka ze szpitala, gdy się poznaliśmy. Miesiące treningów i naznaczeń dały o sobie znać. Max wyglądał…zdrowo.

Uśmiechnął się szelmowsko, widząc moją minę, a ja nie zauważyłam, jak szybkim ruchem powalił mnie na matę, na którą się przenieśliśmy. Upadłam z impetem, krzywiąc się z bólu i po chwili ciemność ogarnęła wszystko.

Gdy otworzyłam oczy, Max siedział obok.

— Hej — szepnął, uśmiechając się z ulgą.

— Hej — odparłam, czując suchość w gardle.

— Jak się czujesz? — Pogładził mnie po włosach.

— Lepiej nie pytaj. — Chciałam zaczerpnąć powietrza, ale rozrywający ból objął całą klatkę piersiową.

— Nie ruszaj się, muszą ci zwiększyć przeciwbólowe — rzucił i pobiegł do wyjścia. Po chwili jakaś kobieta w białym uniformie majstrowała coś przy stojącym koło łóżka stoliku, a ból zaczął znikać, aż odszedł całkowicie.

— Przepraszam — rzucił Max, gdy zostaliśmy sami.

— Za co? Że zawołałeś siostrę?

— Że złamałem ci żebro, a ono przebiło płuco. Już je odbudowali, no a teraz odbudowują ci żebro.

Zamknęłam powieki, by uspokoić siebie oraz swój puls, który odwzorowywało natarczywe pikanie. Miałam ochotę posiekać go na kawałeczki. Na siebie również mogłam być zła. Max był o wiele silniejszy ode mnie i mogłam przewidzieć, że zadziała automatycznie, nie siląc się na skrupuły.  Jego szkolenie skupiało się przede wszystkim na sprawności fizycznej i dyscyplinie, moje na strategii. Dopiero za kilka miesięcy mieliśmy stać się sobie równi.  A tymczasem…

 –  Max, jak tylko wstanę…

Teraz

— Max? — Czekam na jego odpowiedź, aż on obdarza mnie szklistym  spojrzeniem. Jest w nim strach, który nie zwiastuje niczego dobrego. Znam to spojrzenie aż za dobrze. — Jestem ranna, tak? Jak wtedy, gdy złamałeś mi żebro. Ale nie martw się. Uleczę się. Jestem niezniszczalna. — Uśmiecham się do niego, nie chcąc, by się niepotrzebnie martwił. 

— Mia… Ty umierasz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s