Naznaczona: 28. Zaskoczony

Alex

Szyb­kim kro­kiem prze­mie­rzam kory­tarz. W gło­wie wciąż wiruje pełno pytań, a ja nie mogę pozbyć się uczu­cia kom­plet­nego zasko­cze­nia. To, co stało się z Maxem, jest dla mnie total­nie nie­zro­zu­miałe, jak i to, że zna Isabellę. Powie­dział, że to jego ciotka i żałuję, że nie mogłem go o to wypy­tać, ale Max ma rację, muszę spraw­dzić, co dzieje się z Mią. Tym bar­dziej, jeśli Zed się nią inte­re­suje. Gdybym tak mógł się roz­sz­cze­pić.

Impuls postawi Maxa na nogi i będzie jesz­cze czas, by wszystko wyja­śnić. Teraz muszę spraw­dzić, co wymy­ślił Zed. Jestem na niego wście­kły. Na sie­bie rów­nież. Powi­nie­nem prze­wi­dzieć, że coś będzie kom­bi­no­wał.

A pomy­śleć, że jesz­cze kilka godzin wcze­śniej zupeł­nie co innego zaprzą­tało mi głowę.

Wie­czór, dzień wcze­śniej.

Odło­ży­łem swoje rze­czy do pokoju. Wzią­łem prysz­nic i się ogo­li­łem. Prze­glą­da­jąc się w lustrze, nie dostrze­głem już zmę­czo­nej twa­rzy czy pod­krą­żo­nych oczu. To nie miało zna­cze­nia. Przy­tło­czyła mnie dziwna pustka, którą ciężko było mi zro­zu­mieć.

Czu­łem się jak ucie­ki­nier, mimo że nie ucie­ka­łem, a wró­ci­łem do domu, bo tym było dla mnie Cen­trum.

Wypu­ści­łem gło­śno powie­trze i skoń­czy­łem roz­my­śla­nia, które do niczego nie były mi potrzebne. Były wręcz oznaką sła­bo­ści, a ja w końcu nie byłem słaby.

Prze­bra­łem się w czy­ste ubra­nie i wysze­dłem z pokoju. Samanta już trzy razy wzy­wała mnie poprzez komu­ni­ka­tor, a prze­cież po niej mia­łem jesz­cze par­tyjkę z Theo.

Prze­cho­dząc jed­nym z dol­nych kory­tarzy, nie­da­leko poko­jów Mii i Maxa, skrę­ci­łem w lewo i nawet nie zorien­to­wa­łem się, jak zamiast przed poko­jem Samanty sta­ną­łem przed salą, w któ­rej powinna być Isabella. Spraw­dzi­łem to uprzed­nio na komu­ni­ka­torze. Wciąż uczy­łem się nowego roz­kładu w czę­ści szpi­tal­nej Cen­trum.

Wielka szyba oddzie­la­jąca pacjen­tów od praw­dzi­wego świata, tym razem poka­zy­wała moje odbi­cie. W sali musiało być ciemno, ale mimo to wsze­dłem do środka. Miałem pełen dostęp do tego miej­sca z racji bycia Gene­ra­łem. Nawet jeśli Isabella już spała, chcia­łem dowie­dzieć się o jej stan.

– W czymś pomóc Gene­rale? – Po pomiesz­cze­niu roz­szedł się kobiecy głos. Jego wła­ści­cielka znała moją toż­sa­mość, ponie­waż czyt­nik linii papi­lar­nych umiesz­czony na klamce natych­miast wpro­wa­dził moje dane do sys­temu sali.

– Isa­bella Gan­dolv – rzu­ci­łem, roz­glą­da­jąc się dookoła.

– Przy­kro mi. Obiekt śpi – odpo­wie­działa grzecz­nie wysoka bru­netka. Zau­wa­ży­łem, że ciężko było jej powstrzy­mać cie­ka­wość. Wpa­try­wała się w moje oczy z pewną nie­śmia­ło­ścią, co jakiś czas spusz­cza­jąc wzrok.

Nie każdy widział żoł­nie­rza Agen­cji na żywo. Pra­cow­nicy Cen­trum, zwłasz­cza ci z sek­tora admi­ni­stra­cyj­nego, w real­nym życiu nie mieli z nimi zbyt wiele do czy­nie­nia. Co innego sek­tor szpi­talny czy mili­tarny. Widać Ali­cja – takie imię wid­niało na pla­kietce – była tu nowa.

– Obiekt? – zapy­ta­łem, prze­szy­wa­jąc ją wzro­kiem. Wie­dzia­łem, że moje oczy skrzą, jakby odbi­jało się w nich słońce.

Ali­cja spur­pu­ro­wiała, wyczu­wa­jąc moją nie­chęć do takiego okre­śla­nia pacjen­tów. Przełknęła ślinę i popra­wiła ner­wowo włosy.

– No śpi – rzu­ciła pośpiesz­nie.

– Nie uczą was sza­cunku do dru­giej osoby? – Nie zamie­rza­łem być miły.

– Prze­pra­szam, ja nie chcia­łam… – urwała spa­ni­ko­wana.

– Dobrze, powiedz mi, jaki jest jej stan. Ma prze­bły­ski świa­do­mo­ści?

Medyczna wystu­kała coś na prze­no­śnej matrycy i pokrę­ciła głową.

– Przy­kro mi. Kon­takt urwał się cał­ko­wi­cie cztery lata temu.

– Kiedy? – Zmro­ziła mnie ta wia­do­mość. Cztery lata temu zaczęła się moja misja. A prze­cież wtedy Isa­bella miała jesz­cze spore prze­bły­ski świa­do­mo­ści. Jak mogła stra­cić je tak nagle?

– Za mie­siąc będzie dokład­nie cztery lata.

– Chcę się widzieć z leka­rzem pro­wa­dzą­cym – rzu­ci­łem. Ali­cja była tu tylko żywym prze­kaź­ni­kiem infor­ma­cji i podej­rze­wam, że gdyby nie matryca, nie­wiele wie­działaby na temat pacjen­tów.

– Będzie rano.

– Nie macie noc­nej zmiany?

– Jest, ale tylko w przy­padku, gdy się coś dzieje, a tu się nic… nie dzieje. – Wypu­ściła powie­trze, wzru­sza­jąc ramio­nami, jakby chciała mnie za to prze­pro­sić.

– Gdzie jest jej pokój? Chcę ją zoba­czyć.

– Oczy­wi­ście – odpo­wie­działa pośpiesz­nie. – Pro­szę za mną.

Sala była spora. Po pra­wej i lewej stro­nie znaj­do­wały się fotele, krze­sła, kanapy, wszystko potrzebne, by spo­koj­nie usiąść i dumać w swoim ogra­ni­czo­nym świe­cie. Tra­fiali tu pra­cow­nicy, któ­rzy skoń­czyli już służbę, a ode­sła­nie ich do świata zewnętrz­nego nie wcho­dziło w grę. Takie miej­sce spo­koj­nej sta­ro­ści, gdzie mogli czuć się bez­piecz­nie po latach pracy na rzecz Cen­trum.

Isa­bella sta­now­czo tu nie paso­wała, ale cho­roba nie oszczę­dziła jej ze względu na wiek i mimo że była jedną z młod­szych pacjen­tek, to wła­śnie tu było teraz jej miej­sce.

– Dużo macie pacjen­tów?

– Dwu­dzie­stu.

– Tylko?

– Nie­stety w ostat­nim cza­sie sporo z nich ode­szło. Jakaś plaga śmierci – rzu­ciła szcze­rze zmar­twiona.

Dalej szli­śmy w mil­cze­niu. Z sali weszli­śmy w sze­roki kory­tarz, od któ­rego odcho­dziło wiele par drzwi. Wszyst­kie jed­na­kowo białe, tak samo, jak ściany kory­tarza i posadzka. Przy­tła­cza­jąca biel. Wola­łem stare miej­sce, gdzie było wię­cej kolo­rów i czuło się wię­cej życia.

– Jeste­śmy – oznaj­miła Ali­cja.

Sta­ną­łem przed drzwiami z nume­rem sie­dem. Odru­chowo chwy­ci­łem klamkę i dozna­łem nie­spo­dzie­wa­nego wstrząsu.

– Co jest – syk­ną­łem, łapiąc się za dłoń.

– Pro­szę uwa­żać. To nowe zabez­pie­cze­nie.

– Napię­cie? Osza­le­li­ście? Wszyst­kie drzwi są pod napię­ciem? – wark­ną­łem.

– No tak, ale… To przy­szło odgór­nie – zaczęła się tłu­ma­czyć. Wzią­łem głę­boki wdech. Gdybym mógł, skrę­cił­bym jej naj­chęt­niej kark za tą głu­potę w jej oczach.

– Matko, co tu się dzieje – rzu­ci­łem do sie­bie. W tym cza­sie medyczna trzę­sącą dło­nią otwo­rzyła drzwi. Jej nic nie kop­nęło. Czyli tu już nawet Gene­rał nie miał wstępu. Coś było nie tak. Nie wiem czemu, ale czu­łem, że to sprawka Zeda.

– Możesz nas zosta­wić? – zapy­ta­łem, cho­ciaż wolał­bym, by zabrzmiało to jak pole­ce­nie.

– Oczy­wi­ście – odparła Ali­cja, pośpiesz­nie i z wyraźną ulgą się odda­la­jąc.

Wsze­dłem do pokoju Isa­belli. Oświe­tlała go mała lampka zawie­szona przy łóżku. Te nie było zbyt impo­nu­jące. Poje­dyn­cze, z cien­kim mate­ra­cem i bez pościeli. Isa­bella leżała przy­kryta jedy­nie kocem. Pod głową miała poduszkę, zwi­niętą w rulon i wci­śniętą bar­dziej pod kark.

Nie zare­ago­wała, gdy powie­dzia­łem „cześć”.

Prze­szedł mnie dreszcz i nie­sa­mo­wite poczu­cie winy. Po raz pierw­szy żało­wa­łem, że zgło­si­łem się na tę misję.

Pod­sze­dłem bli­żej i usia­dłem na łóżku. Isa­bella nie prze­su­nęła się, jej ciało nie zare­ago­wało ani na mój głos, ani na widok, ani na dotyk, gdy zła­pa­łem ją za dłoń.

– Tak mi przy­kro – rzu­ci­łem i scho­wałem twarz w dło­niach. Czu­łem prze­ogromny żal, złość, ale przede wszyst­kim tęsk­notę. Isa­bella po śmierci mamy, była dla mnie wszyst­kim. A ja dla niej, bo gdy tylko Ron zabrał mnie z Oazy, popro­siła czy może prze­nieść się do Cen­trum wraz ze mną.

Ron się nie zgo­dził. Potrze­bo­wał Isa­belli w Oazie. Chciał, by wyła­py­wała naj­lep­sze dzieciaki, zanim zrobi to Agen­cja. W końcu Fede­ra­cja i tak się nami nie przej­mo­wała, a zagi­nię­cia czy zgony dzieci z Oazy szybko tuszo­wano.

Jed­nak Isa­bella nie pod­dała się i wymu­siła na Ronie, że chce, bym był pod jej opieką, dzięki czemu nie tra­fi­łem do wspól­nych poko­jów w czę­ści szko­le­nio­wej, tylko do miesz­ka­nia Isa­belli. W dzień pra­co­wała w Oazie, a wie­czo­rem wra­cała do Cen­trum. W Wieży oprócz szpi­tala i naszej bazy znaj­duje się rów­nież hotel, cen­trum han­dlowe i miesz­ka­nia miej­skie, które gwa­ran­tuje Fede­ra­cja każ­demu miesz­kań­cowi pra­cu­ją­cemu dla rządu. Stąd Isa­bella zamiast do swo­jego miesz­ka­nia, prze­do­sta­wała się spe­cjal­nym wej­ściem do bazy.

Pięć lat temu poja­wiły się pierw­sze objawy cho­roby. Isa­bella dosta­wała zani­ków pamięci. Nie mogła pra­co­wać. Posta­no­wi­łem, że sam się nią zajmę, ale już wtedy trwały przy­go­to­wa­nia do mojej misji w Agen­cji, a stan Isa­belli coraz szyb­ciej się pogar­szał. W końcu Isa­bella tra­fiła na oddział spo­koj­nej sta­ro­ści. Odwie­dza­łem ją codzien­nie, aż do dnia mojego wyjazdu.

Pamię­tam, jaka wtedy była i dla­tego ciężko mi uwie­rzyć, że w ciągu jed­nego dnia prze­stała się komu­ni­ko­wać ze świa­tem. Chyba że… Nie, nie chcia­łem wie­rzyć, że stało się to przez moje odej­ście.

Rozej­rza­łem się raz jesz­cze po pomiesz­cze­niu. Żad­nych rze­czy oso­bi­stych, żad­nych mebli oprócz tego skrom­nego łóżka. Tu było gorzej niż w wię­zie­niu.

– Przyjdę do cie­bie jutro. Wró­ci­łem na dobre i zabiorę cię stąd. Zała­twię opiekę i nie będziesz zamknięta pod klu­czem jak wię­zień – powie­dzia­łem, cału­jąc ją w czoło. Poczu­łem straszny ból, gdy w jej oczach nie poja­wiła się nawet iskierka życia, jakie kie­dyś w nich gościło.

Wysze­dłem, nie cze­ka­jąc aż medyczna, która była na kory­tarzu, mnie odpro­wa­dzi. Sły­sza­łem, jak zamyka drzwi, a cichy brzęk zwia­stuje prze­pły­wa­jący prąd.

Isa­bella nie zasłu­żyła, by miesz­kać w takich warun­kach i zamie­rza­łem o tym poroz­ma­wiać z Ronem. Mimo póź­nej pory posta­no­wi­łem się z nim skon­tak­to­wać, ale nie uzy­ska­łem dostępu. Zamie­rza­łem iść do niego rano.

Napi­sa­łem do Samanty, że będę za godzinkę i posze­dłem wprost do Theo. Wpraw­dzie mia­łem zro­bić na odwrót, ale z Theo zaba­lo­wał­bym pew­nie całą noc, a rano chcia­łem poza­ła­twiać kilka spraw, zanim zajmę się Mią i serum. A tak u Samanty mogłem zasnąć i odpo­cząć, i ta opcja bar­dziej przy­pa­dła mi do gustu.

– No w końcu – rzu­cił Theo, gdy otwo­rzył mi drzwi.

– Też się cie­szę, że tu jestem – zaśmia­łem się widząc mojego przy­ja­ciela w dobrym humo­rze.

– Wchodź, mamy sporo do obga­da­nia.

– Wła­ści­wie, to mam tylko godzinę – powie­dzia­łem pośpiesz­nie, żeby Theo nie pla­no­wał nie wia­domo czego. Mie­wał zawsze cie­kawe pomy­sły i więk­szość z nich wpro­wa­dzał w życie, nie bacząc na kon­se­kwen­cje.

– Nieee – prze­cią­gnął, robiąc zawie­dzioną minę. – Chcia­łem cię zabrać do nowego klubu. Wiesz, panienki, zabawa, fajne cycuszki – zaśmiał się lubież­nie.

– A pro­pos faj­nych cycusz­ków…

– Aaaa, rozu­miem – pokle­pał mnie po ple­cach – masz już jakieś zała­twione na wie­czór. Szybki jesteś, ale to dobrze o tobie świad­czy. – Wska­zał ręką, bym wszedł do środka.

– Że szybki? – Roześmia­łem się. – Niek­tó­rym może się to nie podo­bać.

– Pie­przyć je. Ważne, że się tobie podoba – odparł i usia­dł za sto­łem, gdzie stała napo­częta butelka nie­bie­skiego płynu.

– Pijesz Nek­tar? – Popa­trzy­łem na pustą szklankę, na któ­rej dnie maja­czyły nie­bie­skie resztki.

– Moje cycuszki dziś nie mogły przyjść – rzu­cił, nie odpo­wia­da­jąc na moje pyta­nie. Nie wyglą­dał dobrze, dopiero wtedy to zauwa­ży­łem. Butelka sto­jąca na stole nie mogła być pierw­szą. – Przed­sta­wię ci ją. Nie uwie­rzysz, kto to.

– Nie mów tylko, że ta medyczna, co ci tyłek zszy­wała, jak cię postrze­lili na strzel­nicy – roześmia­łem, się przy­po­mi­na­jąc sobie tamtą sytu­ację. Theo przez dobry mie­siąc miał pro­blemy z sia­da­niem.

– Ślinka ci będzie lecieć na widok mojej kobiety. Pocze­kaj chwilę. – Nagle wstał i odszedł od stołu. – Zobacz, co kupi­łem.

Theo posta­wił przede mną pude­łeczko z pier­ście­niem w kształ­cie żmii.

– No nie żar­tuj. – Wzią­łem okaz w dło­nie. – Chcesz się zabez­pie­czyć?

– Tak – odparł dum­nie. – Chcę zabez­pie­czyć zwią­zek.

– Poważ­nie? Na ile lat?

– Na pięć, ale może i na zawsze? – Puścił do mnie oko i nalał Nek­taru do szkla­nek. – Za zabez­pie­cze­nie! – Uniósł szklankę.

– Za zabez­pie­cze­nie! – Stuk­nę­li­śmy szkłem i wypi­li­śmy nie­bie­ski Nek­tar. Miał kopa i Theo musiał nie­źle za niego zapła­cić, bo taka moc była w cenie.

– Widzę, że dobrze wam tam płacą. – Spoj­rza­łem raz jesz­cze na pier­ścień.

– Awan­so­wa­łem – powie­dział dum­nie.

– O, a na kogo?

– Wszystko w swoim cza­sie.

– Czyli to, kim jest wybranka, też dowiem się w swoim cza­sie?

– Dokład­nie, jak mówisz. – Wzniósł szklankę, spo­glą­da­jąc na mnie z bły­skiem zwy­cię­stwa w oczach. Tak, jakbym miał mu zazdro­ścić zabez­pie­cze­nia. – W swoim cza­sie.

Godzina minęła bły­ska­wicz­nie i nawet się nie zorien­to­wa­łem, jak musia­łem wycho­dzić. Nie­bie­ski Nek­tar roz­grzał moje ciało do tego stop­nia, że poczu­łem nie­sa­mo­witą sen­ność i stra­ci­łem ochotę na igraszki z Samantą. Za to ona miała jej za nas dwoje. Wpraw­dzie przy­wi­tała mnie z nadą­saną miną ze względu na moje spóź­nie­nie, ale w stroju, w jakim nie cho­dzi się po kory­tarzach Cen­trum.

– Cze­kam i cze­kam – rzu­ciła i odwróciła się do mnie, uka­zu­jąc gołe pośladki. Kształty miała piękne. Jędrne piersi, pła­ski, umię­śniony brzuch, silne ramiona. Była Gene­ra­łem i to rów­nież widać było w jej syl­wetce. Skórę nad lewą pier­sią zdo­biła bli­zna po nożu. Walka na nie ni­gdy nie była bez­pieczna, szcze­gól­nie jeśli prze­ciw­nik ma dłuż­sze ręce.

Nad prawą łopatką wid­niał ślad po postrzale. Pamię­tam, że wtedy o mały włos, a nie wró­ci­łaby do żywych. To wła­śnie Isa­bella ura­to­wała jej życie.

Na pra­wym udzie miała świeży ślad.

– To nic takiego. Stre­fe­rzy muszą się jesz­cze nie­źle napra­co­wać, by mnie poko­nać – rzu­ciła, widząc jak się jej przy­glą­dam.

– To nie­moż­liwe – powie­dzia­łem, zbli­ża­jąc się do niej. Jej nagość pobu­dzała mnie, cho­ciaż jesz­cze przed chwilą nie chcia­łem tu przycho­dzić.

– Jak zawsze we mnie wie­rzysz – rzu­ciła i objęła mnie rękoma na wyso­ko­ści szyi. Jej nagie piersi przy­ci­śnięte do mojego torsu wywo­łały falę podnie­ce­nia. Wcią­gną­łem w noz­drza jej zapach i unio­słem Samantę, a ona owi­nęła nogami mój pas. Jej usta wpiły się w moje, a moje pożą­da­nie rosło z każdą sekundą. Musia­łem roz­ła­do­wać stres, zrzu­cić z sie­bie wszystko, co przy­kle­iło się do mnie przez ostatni czas.

– Pocze­kaj – prze­rwała mi w momen­cie, gdy chcia­łem się w nią wsu­nąć. – Daj mi chwilkę – szep­nęła, uspo­ka­ja­jąc oddech.

– Nie chcę cze­kać – odpar­łem i nie cze­ka­jąc na nic wię­cej, roz­pią­łem spodnie i w nią wsze­dłem.

Jęk­nęła, ale nie opie­rała się. Jej palce wbiły się w moje ramiona, a oddech jesz­cze bar­dziej przy­śpie­szył. Wbi­ja­łem się w nią coraz szyb­ciej i szyb­ciej nie umie­jąc roz­ło­żyć pożą­da­nia na dłu­żej. Chcia­łem już, teraz, szybko i bez zbęd­nych czu­ło­ści.

– Alex – szep­nęła mi do ucha i przy­gry­zła jego pła­tek. Była mokra, podnie­cona, a ja spra­gniony eks­tazy, jaką zawsze mi ser­wo­wała.

Chwilę póź­niej leża­łem na łóżku z przy­mknię­tymi powie­kami. Z łazienki dobie­gał szum wody. Samanta chciała, bym poszedł z nią, ale nie byłem w sta­nie się ruszyć. Czu­łem pełną bło­gość. Chcia­łem jak najszyb­ciej zasnąć.

– Nie zasy­piaj – szep­nęła, budząc mnie z letargu. Powoli poło­żyła się obok, naprę­ża­jąc swoje ciało. Nadal była nago, ale jej widok już mnie nie podnie­cał. Byłem zmę­czony.

– Chce mi się spać – przy­mkną­łem powieki.

– Szkoda – rzu­ciła i ostentacyjnie odsu­nęła się ode mnie.

– No nie złość się. Dopiero wró­ci­łem, będzie jesz­cze czas. – Ziew­ną­łem.

– No wła­śnie, dopiero wró­ci­łeś – fuk­nęła, scho­dząc z łóżka.

Nie wie­dzia­łem, o co jej cho­dziło, a Samanta nie zamie­rzała mi tego wyja­śniać. Ponow­nie znik­nęła w łazience, po dro­dze zabie­ra­jąc rze­czy. Nigdy nie byli­śmy parą. Łączył nas tylko seks i nie zamie­rza­łem tego zmie­niać ani cztery lata temu, ani teraz.

Nie było sensu tu zosta­wać. Nie mia­łem ochoty na jej fochy, dla­tego powoli, ale jed­nak wsta­łem z łóżka. Powieki kle­iły mi się nie­mi­ło­sier­nie. Nek­tar wypity u Theo zupeł­nie ode­brał mi siły. Opar­łem się dło­nią o nocną szafkę, a ona zatrzę­sła się i usły­sza­łem głu­chy odgłos spa­da­ją­cej rze­czy.

W pierw­szej chwili pomy­śla­łem, że coś zrzu­ci­łem, ale nic nie leżało na widoku. Poru­szy­łem szafką raz jesz­cze i ponow­nie usły­sza­łem szmer. Coś było za nią. Auto­ma­tycz­nie spoj­rza­łem na drzwi od łazienki. Samanta na­dal nie wycho­dziła. Ponow­nie skie­ro­wa­łem wzrok na szafkę i odsu­ną­łem ją deli­kat­nie, by nie robić więk­szego hałasu. Na podło­dze, oparta o ścianę, stała czarna ramka. Pozna­łem ją. Samanta trzy­mała w niej nasze zdję­cie. Nawet nie zauwa­ży­łem, że zabra­kło go przy łóżku, cho­ciaż ciężko spo­dzie­wać się, że po czte­rech latach wszystko tu będzie wyglą­dać tak samo. Mimo wszystko widząc ramkę, zro­biło mi się głu­pio, że tak potrak­to­wa­łem Samantę.

Pod­nio­słem ramkę i przyj­rza­łem się zdję­ciu. Zało­ży­łem, że przez nie­uwagę ramka spa­dła za nocną szafkę, ale patrząc na roze­śmiane twa­rze ze zdję­cia, wie­dzia­łem, że nie­uwaga nie miała z tym nic wspól­nego. Prze­su­ną­łem szafkę, ubra­łem się i wysze­dłem, uprzed­nio odsta­wia­jąc na wła­ściwe miej­sce zdję­cie Samanty z moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s