Naznaczona: 9 Wściekła

— Wypuśćcie mnie! Natychmiast! — wrzeszczę i coraz mocniej uderzam dłońmi w szklaną taflę, a ona zaczyna drżeć. Robię krok do tyłu zaskoczona tym, co się stało. Przecież to szyba grubości ściany. Specjalnie wzmocniona, a zadrżała pod naporem moich dłoni. Wszystkie oczy są nadal skupione na mnie, ale już na żadnej z twarzy nie gości ciekawość, tylko przerażenie. Dean mówi coś do blondynki, a ta kręci głową. Nie chce się na coś zgodzić. Jednak Dean nie ustępuje, tak jak i ja nie zamierzam ustąpić.

— Natychmiast mnie stąd wypuśćcie albo rozwalę wam tu wszystko w drobny mak, słyszycie?! I nikt mnie nie powstrzyma, rozumiecie?! Nikt!

Czuję jak wypełnia mnie energia, siła, która pozwoli mi na spełnienie mojej groźby. Ciepło rozlewa się po moim ciele. Czuję jak dopływa do koniuszków palców, a te same suną wprost ku szybie. Moje paznokcie… Ich widok sprawia, że cofam dłoń. Są całe srebrne.

— Mia, przestań! — To głos Maxa. Znowu ze mną pogrywają. Podnoszę głowę, by zgromić ich wzrokiem, ale on tam naprawdę stoi. Max. Po drugiej stronie wprost przede mną. Nie jest halucynacją. Czuję bicie jego serca. Tego nie da się zmanipulować. Za jego plecami stoi Dean. Blondynki już z nimi nie ma.

— Max — wypowiadam prawie z namaszczeniem jednocześnie z ulgą wypuszczając powietrze. — Nic ci się nie stało. — Gdy ponownie dotykam dłońmi szklanej ściany, moje paznokcie są już normalne, ale nie zastanawiam się co się stało. Liczy się tylko Max i to, że udało mu się uciec. Świadomość, że jest tu ze mną, uspokaja mnie. Przynajmniej na tyle, że chęć zniszczenia wszystkiego dookoła odchodzi w zapomnienie. Chciałabym powiedzieć mu ile dla mnie znaczy. Uśmiecham się i wpatruję w niego. I nagle to do mnie dociera. Max nie jest ubrany w agencyjny uniform, w którym widziałam go po raz ostatni. Odpycham myśl, że zamiast do mnie, poszedł się najpierw przebrać i odświeżyć. Nie chcę być jedną z tych dziewczyn z przeszłego życia, z których śmiał się mój brat. Pustych egocentryczek, którymi nigdy nie chciałam się stać. A jednak ta myśl jest gryząca i uwiera, powracając do mnie niczym pingpongowa piłeczka.

— Porozmawiajmy — mówi Max, a w jego głosie wychwytuję smutek. W jego oczach nie widać entuzjazmu, który i w moich powoli gaśnie. Coś jest nie tak. Oprócz tego, że coś „nie tak” jest ze wszystkim, co się do tej pory wydarzyło.

W końcu siedzę naprzeciwko Maxa. Nie na krześle, jakbym mogła się spodziewać, ale na podłodze. Nogi skrzyżowane po turecku zakrywa materiał szpitalnej koszuli. Jest tak cienki, że czuję się jakbym była kompletnie naga. Naga i zła, że nadal nie dali mi nic na przebranie. W Agencji nie byli aż tak niegościnni. Max również siedzi na podłodze. Jest spięty i mam wrażenie, że gdyby tylko mógł, zmieniłby pozycję.

Wciąż dzieli nas szklana tafla. Jak w sali przesłuchań. Wszyscy ludzie z tamtego pomieszczenia wyszli. Został tylko on. Wpatruje się we mnie tak przenikliwym wzrokiem, że w końcu opuszczam mój.

— Cieszę się, że tu jesteś — mówi, a kąciki jego ust unoszą się ku górze, jednak jego uśmiech nie jest szczery. Wykrzywia tylko usta. Oczy pozostają zimne tak jak i jego głos dobiegający z białych głośników zatopionych w suficie. Ta biel zaczyna mnie irytować.

— Dlaczego mnie tu trzymają? — Nie umiem odwzajemnić sztucznego uśmiechu. Coś we mnie pęka. Żałosne. Myślałam, że coś dla siebie znaczymy, że te lata w Agencji zbliżyły nas, chociaż nie mieliśmy do tego prawa.

Nie, stop Mia, ganię siebie w myślach. Zbyt szybko wydajesz wyroki. Poczekaj i posłuchaj co ma do powiedzenia. Nie bądź jak tata, który nie raz wydawał zbyt szybkie osądy, by potem musieć za nie przepraszać.

Max bierze głęboki oddech. Widzę, że jest zdenerwowany. Znam go. Znam go od początku. Gdy obudziłam się w sali po oczyszczeniu, on też tam był. Leżał na jednym z łóżek i patrzył na mnie, ale wtedy było to zupełnie inne spojrzenie.

Dwa lata wcześniej.

Otworzyłam oczy. Wspomnienie bólu, jaki doświadczyłam natychmiast wróciło. Ale tylko wspomnienie. Skupiłam się na moim ciele. Nic mnie nie bolało. Nawet noga, którą zbiłam sobie dwa dni wcześniej. Poruszyłam się niepewnie. Tym razem nic nie krępowało mojego ciała. Powoli uniosłam rękę, by dotknąć mojej twarzy. Wszystko zdawało się na swoim miejscu. Powiodłam dłonią na kark. Bałam się tego, na co napotkają moje palce. Skóry przyoranej setkami igieł, strupów, krwi.

Pamiętałam jak ze mnie ściekała. Jak podłoga pode mną była jej pełna. Przełknęłam ślinę w oczekiwaniu na najgorsze, jednak moje palce napotkały gładką skórę. Z wrażenia aż usiadłam. Nie tylko tam skóra była idealnie równa. Na plecach również.

Nagle zobaczyłam twarz jakiegoś chłopaka, który przyglądał mi się z dziwnym uśmiechem. Leżał dwa łóżka dalej.

— Co się gapisz! — warknęłam. Dezorientacja nie zniwelowała mojej złości. Wciąż ją czułam, a ten chłopak dodatkowo ją potęgował.

— Bo mam na co — odpowiedział, szczerząc się jeszcze bardziej i obniżając swój wzrok z mojej twarzy na…

— O matko — wrzasnęłam, bo dotarło do mnie, że siedzę na pół nago. Przykrywało mnie tylko prześcieradło, które zsunęło się, gdy usiadłam. Natychmiast je podciągnęłam aż do samej szyi.

— No ok., żeby nie było — rzucił chłopak i też usiadł odsłaniając tym samym tors. — Jesteśmy kwita.

— Chyba cię pogięło! — warknęłam oburzona.

Raz, wcale mi się nie podobał, dwa, widok moich piersi sto razy przewyższał jego chudą i nędzną klatę.

— Nie to nie — skomentował i z powrotem się położył. Ja też, chociaż najchętniej wstałabym, by stąd uciec.

— Czy my nie żyjemy? — odezwałam się po chwili. Moje oczy powoli lustrowały salę. Tej bieli miałam nigdy nie zapomnieć. Najbardziej jednak zaskoczył mnie brak paniki. Powinnam była krzyczeć, płakać, albo starać się stąd wydostać, ale nie doświadczyłam żadnych z emocji doprowadzających do takiego stanu. Tak jakby ta część mnie podlegała otępieniu.

— Co? — Chłopak zmarszczył czoło, a na jego twarzy malowała się ciekawość.

— Czy my umarliśmy?

Roześmiał się, kręcąc głową.

— Chciałbym, ale muszę cię rozczarować. Wzwód po śmierci? Neee. — Wskazał na wybrzuszenie prześcieradła.

— Ale z ciebie świnia — fuknęłam zniesmaczona. Nadal nie rozumiałam co się dzieje, a chudzielec wcale nie zamierzał pomóc mi w zrozumieniu tego.

— To nie ja obnoszę się z gołymi cyckami — rzucił od niechcenia.

— To są piersi — obruszyłam się.

— To coś zmienia?

— Niewiele, bo nadal jesteś świnią! — Przekręciłam się na bok nie chcąc go dłużej oglądać. Cała sytuacja wydawała mi się niedorzeczna.

— I z gołym tyłkiem — zaśmiał się, a ja naciągnęłam prześcieradło, by zakryć obnażone pośladki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s